Recenzja filmu “Źródło” – The Fountain

21 kwietnia 2010

Jeden z tych filmów, który – przynajmniej według mnie – przecięty Kowalski siedzący przed telewizorem z browarem w ręku niekoniecznie musi oglądać… może nie zrozumieć treści. Ale po kolei…

Jest to film pełen alegorii, przenośni. Na filmwebie jest opisane, że mamy do czynienia z dramatem i filmem psychologicznym. Równie dobrze można dodać, że jest to też science-fiction, historyczny etc. Zdecydowanie jest to mieszanka, ale jest to naprawdę piękna mieszanka.

Gdybym miał znajomemu powiedzieć o czym jest ten film, to miałbym problem. Chyba jednak jest to przede wszystkim film o życiu, o śmierci, o przemijaniu. Jednak również o dążeniu do celu, próbie pokonania śmierci. Akcja toczy się równolegle w trzech miejscach:

  • czasy współczesne, gdzie lekarz próbuje znaleźć lek/sposób na usunięcie i zniwelowanie działania raka, śmiertelnej choroby, swojej żony.
  • w przeszłości, gdzie konkwistador Hiszpański dociera do mistycznego drzewa życia, choć działanie tego drzewa jest również inne od tego, jakie człowiek sobie wyobrażał.
  • trzecie miejsce jest najtrudniejsze do określenia, ale według mnie to jakaś wizja, sen lekarza z czasów współczesnych – ta część filmu jest najbardziej alegoryczna, choć raczej prosta w odbiorze. Dzieje się w kosmosie, właściwie “opisuje”, przedstawia, drogę, podróż do mgławicy, w której jest umierająca gwiazda, która umierając daje w rzeczywistości inne życie, swoją materię, która wskrzesi inne gwiazdy, planety… rozumiem to jako alegorię naszego życia również – podróż do śmierci, by z materii którą oddamy, później korzystało i powstało inne życie.

Połączenie tych trzech płaszczyzn z czasami rzeczywistymi, z pokazaniem walki ze śmiercią, dało wspaniały efekt. Wrażenie też robi całkowicie różny sposób podejścia do śmierci przez lekarza (męża), jak i przez żonę. Tragiczny jest finał, gdy żona umiera, a w tym samym momencie dowiaduje się, że udało się cofnąć guza mózgu u małpy. Ten sam lek można było zastosować u ukochanej kobiety… ale ze śmiercią nikt nie wygra, nie da się jej pokonać – w ostatniej chwili zawsze wygra. Przynajmniej ja to tak rozumiem. Utopijne dążenie do jej pokonania… stwierdzenie lekarza, że śmierć jest jak zwykła choroba, którą można leczyć wspaniale kontrastuje z całą wymową i treścią filmu.

Film łatwy nie jest, ale nie powiedziałbym że jest też trudny w odbiorze – na pewno zdecydowanie powinien go obejrzeć każdy miłośnik dobrego kina. Nie jest to zwykła papka – jeden z moich ulubionych reżyserów, Darren Aronofsky, nie zawiódł mnie i tym razem. Ode mnie dla tego filmu 10/10.

Leave a Reply